„ZOSTAŃ W DOMU”. KREATYWNIE Z MDK .

„ZOSTAŃ W DOMU”. KREATYWNIE Z MDK .

Propozycja Pana Piotra Szczepaniaka.

„Właściwie już dziś zaczynają się wakacje, więc… zapraszam na ostatni film z cyklu „Film wojenny na czas wojny z koronawirusem” w tym roku szkolnym!
Powiedzonko lotników głosi, że spadochroniarz to człowiek, który wyskakuje z całkowicie sprawnego samolotu. Szaleństwo?… Szaleńcza odwaga…? A może sprytny plan?
Doświadczeni żeglarze mówią, że ludzie dzielą się na żywych, martwych i tych, co pływają po morzu. To troszkę tak jak ze spadochroniarzami – niby żywi, ale pędzący na spotkanie z ziemią zaopatrzeni jedynie w chroniącą ich przed upadkiem czaszę spadochronu.
A zatem dzisiejszy odcinek będzie o spadochroniarzach.
Kiedy obserwujemy wirujące na wietrze liście albo porywane wiatrem puste siatki po zakupach, łatwo możemy dojść do wniosku, że choć grawitacja w warunkach ziemskich jest nieunikniona, to prędkość opadania zależy od wielkości powierzchni, którą ciało stawia opór powietrzu, a nie od jego ciężaru. Więc… gdyby znaleźć i schwycić powierzchnię odpowiednio dużą, moglibyśmy spowolnić opadanie dowolnego ciała do tego stopnia, że lądowanie stałoby się bezpieczne.
Od głębokiej starożytności ludziom towarzyszyły podobne myśli, a o historii „spadochronu” można poczytać chociażby tutaj: https://wynalazki.andrej.edu.pl/…/wynal…/32-s/548-spadochron Nazwa „spado-chron” jest prostym tłumaczeniem z francuskiego „parachute”, a ten, kto używa spadochronu to rzecz jasna „paraszutysta” lub bardziej po polsku „spadochroniarz”. Hm… a czy w takim razie pilot dywizjonu 303, który wyskakuje z uszkodzonego przez wroga samolotu (być może pamiętacie, że takie zdarzenie dotknęło w trakcie bitwy o Anglię naszego asa – Jana Zumbacha), to też spadochroniarz?… Chyba jednak raczej nie – przyjęło się uważać, że spadochroniarz to ten, który intencjonalnie wsiadł do samolotu, żeby z niego wyskoczyć na spadochronie, a nie ten, któremu sprytny wynalazek ratuje życie.
Wojenne plany Francuzów wyprzedziły początki sportu spadochroniarskiego. Planowano przerzucić za linie niemieckie całą dywizję spadochroniarzy – armia francuska byłaby do tego gotowa dopiero w roku 1919, a jak wiemy, pierwsza wojna światowa dobiegła końca w listopadzie roku poprzedniego. Największym problemem było nie znalezienie śmiałków, ale odpowiednich samolotów. Dlatego w trakcie wojny przez front przerzucano drogą lotniczą jedynie niewielkie grupy dywersyjne i początkowo tak właśnie wyglądały wojska spadochronowe.
W 1935 roku w trakcie manewrów pod Kijowem radziecka Armia desantowała z samolotów 1200 żołnierzy, a po opanowaniu lotniska dowieziono jeszcze 2500 żołnierzy, a nawet lekkie czołgi i samochody pancerne. W tamtym czasie robiło to wrażenie na oficerach z Europy Zachodniej, którzy mentalnie tkwili w okopach I wojny światowej. Niestety wobec niemieckiej agresji sowieccy spadochroniarze nie odegrali większej roli, a kiedy sytuacja się odwróciła i Armia Czerwona zaczęła przeć na wschód, popisy radzieckich desantowców nie były ani udane ani spektakularne.
Za to świetne własne wojska spadochronowe utworzyli Niemcy. Najsłynniejszą ich akcją był desant na Krecie (na greckiej wyspie, nie na podziemnym zwierzątku) w 1940 roku, w którym spadochroniarze ponieśli (głównie z przyczyn technicznych) tak wielkie straty, że Hitler zakazał podobnych akcji do końca wojny. Odtąd spadochroniarze robili to, do czego zostali powołani – uderzali niewielkimi grupkami w newralgiczne punkty, zazwyczaj odnosząc sukcesy.
To, co nie powiodło się ani Sowietom ani Niemcom, czyli desant na dużą skalę, zdołali zrealizować dopiero alianci zachodni i to w zasadzie kilkukrotnie, zrzucając spadochroniarzy nad Sycylią, Normandią, południową Francją i wreszcie… nad Holandią. Temu ostatniemu poświęcone są filmy, które zaproponuję dzisiaj.
Przed wybuchem II wojny światowej zaczęto tworzyć także polskie oddziały spadochronowe – nie były wielkie i nie odegrały żadnej roli w walce – ale był to pierwszy krok. Możecie o tym poczytać w tym artykule: http://dziennikzbrojny.pl/…/art,2,4,252,armie-swiata,wojsko…
Po klęsce Francji już w Wielkiej Brytanii jeden z wybitnych polskich dowódców pułkownik Stanisław Sosabowski samorzutnie zaczął przekształcać podległą mu 4 Brygadę Kadrową Strzelców w jednostkę spadochronową, która miała liczyć ok. 3000 żołnierzy. I to właśnie Stanisław Sosabowski – awansowany w marcu 1944 roku na generała – jest prawdziwym bohaterem dzisiejszego odcinka „Filmów wojennych…”
Nie będę opowiadał historii generała, bo tego dotyczy pierwszy z dzisiejszych filmów – Uwaga! – bardzo poruszający, smutny, prawdziwy, a zarazem niezwykły. Film mówiący o tym, że Holendrzy, na których ziemi wylądowali Polacy we wrześniu 1944 roku, pamiętają bardziej o polskich bohaterach niż my sami. Film o wielkiej niesprawiedliwości, która dotknęła polskiego dowódcę, ale szerzej – na to, jak silni traktują słabszych i jak niewiele mają do powiedzenia ci, którzy są w mniejszości. Jeśli macie ochotę poczuć przedsmak tego, co na dzisiaj przygotowałem, to zapraszam na krótki fragment drugiego z dzisiejszych filmów: https://www.youtube.com/watch?v=rxILxm_UZhs
Polska Brygada Spadochronowa wzięła udział w operacji Market-Garden. Mimo bohaterstwa dla Polaków była to zupełna klęska: błędy popełnione przez dowództwo brytyjskie kosztowały życie wielu żołnierzy, a winą za porażkę… obarczono generała Sosabowskiego. Po bitwie został odsunięty od dowodzenia, a po wojnie… pracował jako magazynier w angielskiej fabryce. Nigdy już nie wrócił do Polski. Zapraszam na pierwszy film zatytułowany „Honor generała” https://vod.tvp.pl/v…/honor-generala,honor-generala,34097259
A zaraz po nim – bo przecież zaczęły się wakacje i mamy nieco więcej czasu niż dotąd – na kolejny film spod znaku Corneliusa Ryana: „O jeden most za daleko” z 1977 roku. Jeśli pamiętacie „Najdłuższy dzień” z 6 czerwca, to mamy tym razem drugą z ekranizacji dzieł amerykańskiego dokumentalisty. Akcja książki i filmu rozgrywa się tym razem wokół największej powietrzno-desantowej operacji w II wojnie światowej, gdy na tereny zajęte przez wojska niemieckie zrzucono 35.000 amerykańskich, brytyjskich i polskich spadochroniarzy w śmiałej próbie uchwycenia kilku ważnych mostów i otwarcia tym samym drogi w głąb Niemiec. I znów Ryan z niezwykłym pietyzmem dokumentuje krok po kroku wydarzenia, zbiera relacje uczestników, przepytuje świadków. W jednej ze scen widzimy spadochroniarza lecącego z maskotką oddziału – kurą. To nie wymysł autora – jeden z żołnierzy rzeczywiście zabrał z sobą kurę, nie mając komu jej powierzyć w opiekę.
Ja polecam ten film ze względu na „wątek polski”. Kilkukrotnie pojawia się grany przez Gena Hackmana „nasz generał” – Stanisław Sosabowski (jeśli zajrzeliście do fragmenciku, który wyżej anonsowałem, to już wiecie). Jego trzeźwa postawa, rzeczowa krytyka i nie uleganie huraoptymizmowi Brytyjczyków stały się podstawą do niechęci, a potem obarczenia polskiego generała winą za niepowodzenie całej – źle zaplanowanej – operacji. Popełniono zbyt wiele błędów – od bardzo drobnych, jak niesprawdzenie działania brytyjskich radiostacji do bardzo poważnych – decydujących – jak zły wybór stref lądowania spadochroniarzy. We wszystko wtrąciła się jeszcze angielska mgła… i dwie doborowe dywizje pancerne SS. Koniec wstępów, bo znowu się rozpisałem. Zdecydowanie polecam film w reżyserii Richarda Attneborough – A Bridge Too Far…”